Gdzie tu sens, czyli bezdomni piszą ikonę

Leszek uśmiecha się i próbuje mnie przekonać:

– Warsztaty z pisania ikon dla bezdomnych? Brzmi trochę rewolucyjnie, ale moim zdaniem to dobry pomysł. Na pewno warto spróbować. Sam powtarzasz, że ikona to modlitwa, a w jej tworzeniu korzysta się z szablonów, technik pomocniczych. Skoro to bardziej kwestia staranności i wierności wzorcom niż plastycznych talentów, to warto im to zaproponować.  Oni mogą w tym odkryć coś ważnego dla siebie. Pamiętaj, że bezdomność to forma samobójstwa. Ci ludzie utracili sens życia, czują się niepotrzebni, niechciani. Wegetują. Ikona może im pomóc odzyskać godność, odnaleźć sens. Żeby żyć potrzebny jest sens. Życie musi mieć sens. Bez tego życie jest gehenną. Przez te ikony ktoś proponuje im czynność zarezerwowaną dla wybranych. Będą zaskoczeni, że ktoś daje im taką szansę. Na ile ich znam… to może być naprawdę dobry pomysł. 

Słowa Leszka budzą otuchę i dodają mi odwagi, ale jednak ciągle się waham.  Nie chodzi o stronę techniczną. Ufam, że jeśli ma się w miarę dobry wzrok i sprawną dłoń, każdy może się nauczyć podstaw ikonowych technik. Ale przecież to ludzie bez domu, zwykle z problemem alkoholowym, zbieracze puszek, śpiący na klatkach… czy oni w ogóle będą zainteresowani takim zaproszeniem? A jeżeli już podejmą próbę, powiedzmy z ciekawości, to czy się szybko nie zniechęcą? Kurs trwa tydzień. Czy wytrwają tyle spotkań, siedzenia w pracowni, modlitw w kaplicy? Ta nauka wymaga trudu i konsekwencji. Czy zechcą wytrwać? Czy nie zrezygnują w trakcie?

Leszek ma 70 lat. Dużo wie o bezdomności. Z pozoru jest zwyczajnym mężem i ojcem trójki dorosłych dzieci, ale od 30 lat realizuje niezwykłą misję. Poświęcił swoje życie pomaganiu bezdomnym i więźniom. Jego fundacja prowadzi trzy ośrodki dla bezdomnych i osób wychodzących po długich wyrokach. W zakładach karnych spotyka się z najgroźniejszymi przestępcami –  w tym z bezwzględnymi gangsterami, osobami skazanymi za zabójstwa i zdiagnozowanymi jako psychopaci – głosząc im Słowo, które dotyka najgłębszych zranień, podnosi z największej ciemności, pomaga odzyskać dawno utraconą godność i znowu uwierzyć w sens życia i w lepszą wersję siebie samego.

Leszek powtarza, że każdy kat był kiedyś ofiarą, a zranienia na płaszczyźnie emocjonalnej można leczyć miłością. Nie jest terapeutą ani psychologiem. Jest świadkiem tej miłości, która kiedyś uratowała z nałogu jego samego. Pomógł już tysiącom ludzi, kobiet i mężczyzn, którzy dziś traktują go jak swojego duchowego ojca. Z dumą mogę powiedzieć, że jestem jedną z tych osób.

Leszek pomógł mi w momencie, gdy byłem na samym dnie. Aresztowany do sprawy za azjatyckie przemyty sprzed wielu lat, straciłem rodzinę, dom, dobrą pracę, wszystkie perspektywy i cały sens życia. Po tym, jak utraciłem wszystko, co w moim życiu miało wartość, w ciemności pojawiła się ledwie widoczna iskra. Był to zaledwie okruch światła, ale od razu kurczowo się go chwyciłem. Nie miałem nic innego.

Wychowany w ateistycznej rodzinie, żyjąc bez Boga, po raz pierwszy modlitwy „Ojcze nasz” uczyłem się na pamięć od Leszka w wieku 33 lat. Tak w moje życie wkroczył Jezus. Ta iskra zajaśniała światłem i otworzyła zupełnie nową drogę. To było odkrycie, że świat ma doskonałą konstrukcję, a jego główną zasadą jest miłość jako relacja z Osobą. Spowiedź życia odbyłem na pielgrzymce dla niepełnosprawnych, gdzie wózki z chorymi pchają więźniowie na przepustkach.

Nie potrafiłem wrócić do dawnego zawodu konsultanta zarządzania, eksperta od ryzyka i kierownika projektów informatycznych. Czułem, że będąc przykładem klęski na każdym polu życia, nie mam już moralnego prawa uczyć innych na czym polega sukces przedsięwzięcia.

Wtedy, na jednej z pielgrzymek, odkryłem ikony. Oczy. Oczy świętych z ikon były pierwszym drogowskazem na nowej drodze. W Warszawie zapisałem się na kurs ikonopisania dla początkujących. Zacząłem poznawać język ikony. Zapamiętałem zdanie jednego z teologów, że „ikony to obrazy prowadzące”. Kolory, symbole, kompozycja. Znaki ikony prowadziły mnie do nowego świata. Odkrywałem zachwycającą rzeczywistość. ukrytą za „drzwiami” ikony. Żeby się tam dostać, na drugą stronę, potrzebny był tylko jeden krok… krok wiary.

Pokorne milczenie świętych ikon zaprasza do oddawania dłoni Duchowi Świętemu. To On jest autorem, a ja tylko narzędziem. Droga ikony to odkrywanie, że Jezus jest ze mną wtedy, gdy Mu się powierzam, gdy rezygnuję z własnych planów i gdy pozwolę Mu się poprowadzić.  Z Nim najtrudniejsze rzeczy stają się możliwe. Dopiero z Jezusem życie nabiera sensu. Ikon się nie maluje. Ikony się pisze i czyta. Bo ikona to Logos, Słowo, które oznacza także sens, zasadę istnienia.

Gdy piszę te słowa, na drodze ikony jestem już ponad dziesięć lat. Mam nauczyciela na Ukrainie, do którego jeżdżę raz w roku. Piszę ikony dla osób prywatnych i kościołów, a także prowadzę warsztaty i rekolekcje z pisaniem ikony.  Jednak ikona dla bezdomnych to coś zupełnie nowego, wielki znak zapytania, „terra incognita”, ziemia nieznana.

Miesiąc temu ośmielił mnie do tego pomysłu mój przyjaciel, Grzegorz Kiciński, który prowadzi fundację wspierającą hospicjum dla dzieci. Sam interesuje się ikonami. Zadzwonił z pytaniem, czy moja pracownia nie przekazałaby jakiejś ikony z przeznaczeniem na aukcję na rzecz hospicjum.

– Nie mam teraz gotowych ikon, ale wiesz co… zaczynam wkrótce kurs pisania ikon dla bezdomnych. Powstanie siedem ikon oblicza Chrystusa. Zapytam, czy któryś z uczestników nie zgodziłby się przekazać swojej ikony na aukcję.

Zorientowałem się, że mówię o tym kursie w czasie dokonanym.

– Będziemy zaszczyceni – odpowiedział Grzegorz.

Przez myśl przemknęła mi niezwykłość tej sytuacji… bezdomny pisze swoją pierwszą ikonę – oblicze Chrystusa – i oddaje ją dla umierającego dziecka. Ikona to przecież „Ewangelia w kolorach”, Słowo zapisane kolorami na desce, sens wyrażony językiem milczących symboli.

Przekazany cierpiącemu dziecku dar w postaci samodzielnie napisanej ikony może stać się tym elementem, którego mi w tym planie brakowało – motywacją do wytrwania w trudzie nauki ikonopisania i sensem życia odkrytym przez bezdomnego ikonografa.

Okazało się, że nalazł się sponsor, którzy uwierzył, tak jak Leszek i Grzegorz, że rekolekcje z pisaniem ikony dla bezdomnych mają sens. Zakupił potrzebne materiały, narzędzia i deski. Zainwestował nawet w remont pomieszczenia u sióstr Misjonarek Miłosierdzia w Szczecinie (tzw. „Kalkutanek”), które zgodziły się zaprosić do udziału w zajęciach z ikoną swoich podopiecznych, bezdomnych, dla których prowadzą jadłodajnię. Siostry wpadły na pomysł, że na czas rekolekcji można uczestnikom zapewnić nocleg w pomieszczeniach przy klasztorze.

– Gdy będą mieszkać tutaj, łatwiej będzie zachować dyscyplinę pracy – mówi siostra Dyzmas, przełożona, której od razu spodobał się pomysł kursu ikonopisania dla bezdomnych.

Siostra jest Amerykanką z Kaliforni, ale po 30 latach spędzonych w Polsce, świetnie mówi w naszym języku. Jakiś czas spędziła w Kalkucie, gdzie poznała Matkę Teresę. Była jej uczennicą. Jej zakonne imię: Dyzmas – to pamiątka bo skazańcu, który umierał ukrzyżowany po prawej ręce Jezusa. Według podań był okrutnym przestępcą, który swoimi zbrodniami zasłużył na śmierć. Jednak tuż przed śmiercią okazał skruchę, uznał w Jezusie mesjasza i doznał zbawienia. Był pierwszym świętym Kościoła, do tego kanonizowanym przez samego Chrystusa. 

Siostra ma łagodne, błękitne oczy dziecka, okolone siecią delikatnych zmarszczek, które poruszają się, gdy mówi z uśmiechem: – Przychodzi do nas na obiady taki chłopak, ma około 30 lat. Milczy i zawsze stoi z boku. Wiemy, że śpi w kanałach grzewczych. Ma dobre oczy, ale nie chce rozmawiać. Chcę mu zaproponować udział w tych rekolekcjach z ikoną. Może się zgodzi. W najuboższym mieszka żywy Chrystus. Nie symbol, tylko On sam, żywy Bóg. Może przez te ikony zechce nam się objawić.