Ikona Jezusa

Pomysł, żeby zaprosić do klasztoru czterdzieścioro nastolatków z Warszawy (w wieku 14 lat) i przeprowadzić ich przez tygodniowy proces pisania ikony Chrystusa w ramach rekoleksji z codzienną Eucharystią, konferencjami i Sakramentem pokuty, wydawał się od początku szalony.

Podjęła go jedna z nauczycielek, która kiedyś była uczestniczką kursu pisania ikon u łódzkich franciszkanów.  Zadzwoniła z pytaniem co o tym sądzę. Od razu wyobraziłem sobie zderzenie niepohamowanego żywiołu warszawskiego gimnazjum z ciszą klasztoru i kontemplacją ikony…

Nie odmówiłem od razu, poprosiłem o kilka dni.

O. Grzegorz, gwardian klasztoru na Kreciej, gdzie mieści się pracownia „Hermeneia”, był sceptyczny, ale zaciekawiony:

– Nikt tego chyba jeszcze nie próbował. Czy sądzisz, że nauczyciele będą w stanie odebrać im na tydzień komórki?

– Nie wiem, ale możemy z tego zrobić pierwszy warunek.  

Warunków postawiłem więcej. Wszystkie zostały przyjęte. Czworo nauczycieli bardzo chciało przywieżć do nas 40 młodych ludzi na rekolekcje z pisaniem ikony. Dla wszystkich był to eksperyment. Rekolekcje zatytułowaliśmy „Ikona Jezusa”. Do pomocy zaprosiłem przyjaciela, który w jednej sali miał koordynować proces 20 ikon, w drugiej sali ja i druga dwudziestka. Wybraliśmy najprostszy wzorzec –  ikonę Chrystusa Pantokratora w ujęciu samej twarzy.  

To, co wydarzyło się w pierwszym tygodniu marca 2020 w klasztorze oo. Franciszkanów w Łodzi na pewno zostanie w pamięci wszystkich: młodzieży, zakonników i nauczycieli.  Do czego porównać te energie i tą walkę? Chyba do lawy, którą wulkan po erupcji wlewa do lodowatego oceanu.

Chaos walczący z porządkiem, nieokiełznana wolność w starciu z wyznaczonymi granicami, hałas w zmaganiu z ciszą. Cierpliwość Marka i moja była wielokrotnie wystawiana na ciężką próbę, gdy próbowaliśmy spokojnie po raz kiolejny tłumaczyć zasady i egzekwować polecenia.  Kilka razy doszliśmy chyba do granicy naszej wytrzymałości. 

A jednak o dziwo na końcu ikony pokazały, że Duch Święty był z nami na tej wojnie. Wyszliśmy z tego cało, choć cena, jaką trzeba było zapłacić pozostanie naszą tajemnicą.

Już od pierwszych zajęć w mojej grupie mocno dawała mi w kość wysoka dziewczyna o imieniu Adrianna. Przerywała podchwytliwymi pytaniami, kwestionując niemal wszystkie poruszane tematy, zwłaszcza dotyczące tradycji i posłuszeństwa, a więc fundamenty ikonografii.

– A kto wymysłił te „święte wzorce”? – pytała z przekąsem.

– Podlinniki są kanonem historycznym, do którego ikonografowoe stosują się od wieków. To tradycja.

– Ale kiedyś żył ktoś, kto to wymyśłił, prawda? To dlaczego ja teraz muszę go kopiować? Ja chcę stworzyć mój własny podlinnik. Chcę pisać swoją ikonę, nie cudzą – w sali rozległ się szum aprobaty.

Próbowałem wyjaśnić…

– Ikona nie tyle jest procesem tworzenia sztuki, co odkrywania piękna, czyli prawdy. Bo dla chrześcijanina Prawda i piękno to sam Bóg. Można oczywiście powiedzieć, że każdy z nas niesie swoje włąsne doświadczenia i własną intuicję prawdy, ale wszyscy zmierzamy do celu, jakim jest Prawda przez wielkie „P” i żeby tam dotrzeć trzeba powściągnąć własny indywidualizm i w pokorze pójć za Wzorcem, Jedyną Prawdą i Prawdziwym Pięknem, którym jerst sam Bóg. W tej drodze On pragnie dać nam całego siebie i ofiarowuje nam prawdziwą wolność, a nie wolność na miarę naszych, ograniczonych, ludzkich pragnień.  

Nauczyciele od początku przestrzegali mnie przed Adrianną. „To liderka całej grupy, ma posłuch wśród rówieśników i lepiej jej nie prowokować, bo potrafi rozwalić każdą lekcję, pociągając za sobą resztę klasy.”

Adrianna nie chciała słuchać poleceń i skutecznie utrudniała pracę pozostałym osobom. Jej pytania były jednak zadziwiająco celne. Czułem, że dziewczyna z czymś w sobie się mierzy i prawdziwie czegoś szuka. To nie były prowokacje dla samej rozróby. W jej pytaniach był głęboki, byc może najtrudnjeszy do odkrycia sens.

Mimo wszystko jej ikona postępowała naprzód, choć była szczególna. Na koniec całodziennych zajęć, gdy wszyscy byliśmy już mocno zmęczeni, zauważyłem, że Adrianna pracuje w skupieniu. Podszedłem do niej i pochwaliłem poprawność rysunku oczu Jezusa.

– Kolor tła każde z was będzie mogło sobie wybrać. Jutro rano będzie wykład na temat symboliki kolorów. Każdy wybierze kolor, który jest mu najbliższy.

– Moje tło będzie czerwone – odpowiedziała.

– Wiesz co symbolizuje czerwień w ikonie?

– Miłość?

– Miłość i cierpienie.

– Tak, to będzie kolor mojej ikony.

Przez cały czas nie odrywała sie od pracy.

– Pamiętasz, jak na początku mówiłem wam, że ikona to modlitwa, zatem mozna ją ofiarować za kogoś. Czy wybrałaś za kogo się modlisz swoją ikoną?

– Tak.

Zapadła cisza. Nie chciałem dalej naciskać i już chciałem odejść, gdy powiedziała po cichu:

– Modlę się za mojego tatę.

– Kim jest twój tata?

– Jest malarzem. Maluje akty i takie tam rzeczy. Bardzo nie lubi Kościoła.

– Rozumiem.

W kolejnych dniach obserwowałem, że Adrianna pracuje w coraz większym skupieniu. Zostawała nawet w pfracowni dłużej niż inni, pracując w ciszy nad każdym szczegółem swojej ikony. Raz zauważyłem, że zamiast siedzieć na krześłe, malowała w pozycji klęczącej.

Tydzień pełen pięknych i trudnych wydarzeń minął szybko. Ikony powstały wyjątkowe, ale franciszkanie powiedzieli, że to było ponad ich siły i raczej ne zgodzą się na powtórzenie takiego wydarzenia. Klasztorna cisza nocna o 22.00 nijak nie dawała się pogodzić z energią młodych ludzi.

Prawdziwym owocem rekolekcji oprócz 40 niezwykłych ikon były świadectwa, jakie młodzi ludzie opowiedzieli na ostatnim podsumowującym spotkaniu. 

Gdy już się pożegnaliśmy i młodzież opuścia klasztor, pozostawiając w jego murach ogłuszającą ciszę, pod stosem szkiców i pomalowanych kartek odkryłem kopertę zaadresowaną dziecinnym pismem; „Do Pana Boga”.

Od razu pomyślałem, kto może być autorem i nie pomyliłem się. Do dziś nie uważam się za godnego otwarcia tej koperty, ale na wspomnienie treści listu za każdym razem mam w oczach łzy.