Macedonia

Idę ósmy dzień przez Macedonię. Droga prowadzi przez góry wysokości naszych Tatr wzdłuż południowego brzegu Jeziora Mavrovskiego. Widoki zapierają dech, tylko ludzi spotykam rzadko.

Noc w schronisku i rozmowa z Danco, właścicielem. Jest macedońskim patriotą. Lubi Polaków, ale nie ma najlepszego zdania o Grekach. Pijemy czerwone wino z jego winnicy i rozmawiamy o trudnej historii Bałkanów. Vukovar, Srebrenica. Te nazwy wciąż żyją w bolesnych wspomnieniach ludzi. Tak wiele trudnych historii usłyszałem idąc od Jerozolimy.

Gdy wychodzimy na zewnątrz, rozlegają się strzały z broni maszynowej. Odruchowo schylam głowę. Gdzieś w dolinach strzelają w różnych miejscach. Danco ze śmiechem wyjaśnia, że to na wiwat, Macedonia pokonała Litwę w koszykówkę. Taki kraj. Po domach ludzie nadal mają kałasznikowy.

Dostaje od Danco 40 euro na drogę, pakuję prowiant do plecaka i wczesnym rankiem wyruszam drogą przez przełęcze w stronę Monastyru Bigorskiego św. Jana Chrzciciela. Mapa jest niedokładna. Przekonuje się o tym, gdy droga kończy się wśród skał, choć na mapie prowadzi dalej. Trzeba się cofnąć i iść naokoło główną drogą. To dodatkowe 10 km. Taki los pielgrzyma. Nagrodą są niezwykłe widoki. Żebym tylko zdążył dojść do monastyru przed nocą.

Wreszcie jest! Kamienna świątynia z XI wieku wygląda jakby ktoś przykleił ją do zbocza góry. Mnisi dają mi miejsce w dormitorium. Pielgrzym za nic nie musi płacić. Na Bałkanach to powszechny zwyczaj u prawosławnych. Łóżko obok mojego zajmuje Ivan, brodaty Czarnogórzec, który w lnianej sukni i z biblią w parcianej torbie wędruje od lat po świątyniach Bałkanów. Po jego wyglądzie ktoś mógłby powiedzieć że to wariat, ale ja wiem że to jeden z jurodiwych, „świętych głupców”. Spotykałem ich już w drodze. Są zanurzeni w swoim świecie. Stale mamroczą pod nosem modlitwy, nucą psalmy i potrafią nagle zapłakać ze szczęścia.

Znając już prawosławną liturgię i tutejsze obyczaje oddaje kolejno pokłon ikonom w głównym kościele. Mnisi przechowują tu relikwie św. Jana Chrzciciela. Całując przeszkloną szkatułę przenoszę się w myślach do miejsca nad Jordanem, przez które przechodziłem 80 dni temu.

Góry wokół świątyni porasta gęsty bukowy las. Poniżej w dolinie wartko toczy wodę potok Radika. Za nim są już albańskie wioski z cienkimi jak zapałki minaretami, których biel odcina się od zieleni lasów, a dalej, za skalnymi grzebieniami, zaczyna się już tajemnicza Albania, o której nadal mam bardzo mało informacji.

Mimo zmęczenia biorę udział w nocnej liturgii, głównie słuchając śpiewów i oddając pokłony tak jak mnisi. Odmawiam różaniec. Na bocznej ścianie dostrzegam dużych rozmiarów ikonę Bożego Narodzenia. Pali się przed nią oliwna lampka. Szczegóły ikony giną w mroku, widzę tylko centrum przedstawienia. Nad kamiennym żłobem, w którym złożony jest mały Jezus, pochylają głowy osioł i wół, jakby badały zapach małego człowieka. Maryja odwraca głowę. Nie patrzy na swoje dziecko. Jezus patrzy na zwierzęta. Jest szczelnie zawinięty w kokon pieluszek, widać Mu tylko twarz.

Największa z tajemnic ludzkości i największe z pragnień człowieka objawia się w twarzy Dziecka. Maryja mogła kontemplować to Oblicze w wielkiej ciszy, gdy mały Jezus, nakarmiony, zasypiał wreszcie w jej ramionach. Dla żydów ujrzeć twarz Boga oznaczało śmierć. Żaden człowiek nie mógł zmierzyć się z tą tajemnicą twarzą w twarz i pozostać przy życiu. Dlatego w kanonicznych ikonach Bożego Narodzenia Maryja odwraca spojrzenie od Nowonarodzonego. Blask Pełni jest zbyt porażający.

A jednak ona żyła w tym blasku. Codziennie doświadczała spojrzenia Stwórcy. Brała Go na ręce, tuliła, karmiła, a potem – nucąc cicho – usypiała. Tak trudno pojąć cud Bożego Narodzenia.

Bóg może przemówić w grzmocie, ale potrafi przyjść w uśmiechu śpiącego dziecka.

Ten cud potrzebuje milczenia. Dlatego Maryja milczy. Jest nauczycielką milczącej kontemplacji.

Rano msza o 6.30. Pamiętam o długich spodniach i długim rękawie. Mimo pragnienia uczestnictwa w Eucharystii, powstrzymuje się jednak w ostatniej chwili. Jestem katolikiem. Wszyscy o tym tu wiedzą i nie robią z tego żadnego problemu. Potrzebuję jednak spowiedzi.

Przy śniadaniu jeden z mnichów klepie mnie z uśmiechem po ramieniu i mówi, że widział mnie wczoraj w górach gdy schodziłem w dół. Musiał mnie minąć samochodem.

Jeden że starszych mnichów podchodzi i mówi z szacunkiem, że u nas (w Polsce) byli kiedyś z misja Cyryl i Metody. Dwaj święci bardzo tutaj czczeni. Szacunkiem darzony jest też św. Franciszek.

Pokazuję im pocztówki greckich monastyrów z Ziemi Świętej. Całują zdjęcia z nabożną czcią. Na dziedzińcu dwaj młodzi mnisi polerują błyszczącą jak złoto nową kopułę cerkiewna. Mówią, że jest przeznaczona na nową świątynie św. Serafina z Sarowa. Mogę się im pochwalić że znam postać tego rosyjskiego mnicha i ascety, który w cerkwi prawosławnej porównywany jest do naszego św. Franciszka.

Jeszcze wspólne śniadanie i czas się żegnać z gościnnym monastyrem św. Jana Chrzciciela.

Mój pielgrzym-opiekun Iwan wręcza mi od siebie na pamiątkę mała ikonę Jana Chrzciciela. Iwan to przecież Jan! Odwzajemniam się zasuszoną gałązką z drzewa oliwnego z ogrodu Getsemane.

Ściskamy się serdecznie i nawzajem udzielamy błogosławieństwa na drogę:

– Żiv i zdrav! (bądź żywy i zdrowy)