Modlitwa w ciemności

Tego się mogłem spodziewać. Końcówki są zawsze najtrudniejsze. Po 109 dniach wędrówki z Jerozolimy zbliżam się wreszcie do celu pielgrzymki w Asyżu. Do miasta św. Franciszka zostało niecałe sto kilometrów, a więc jakieś trzy dni drogi. Wysokie Apeniny przeszły w zalesione, łagodne wzgórza, ale pogoda się załamała i z przerwami pada od dwóch dni.

Jestem bardzo głodny. Poza lekkim śniadaniem (chleb i sardynki) jestem na znalezionych orzechach i winogronach. Buty i ubranie mam przemoczone. Zmęczenie rozlało się po całym ciele. Chwilami stawiam kroki niemal mechanicznie. Podtrzymuje mnie różaniec.

Zaczyna robić się ciemno, droga wchodzi w las. Nie wygląda to dobrze. Po ciężkim dniu nie czuję się na siłach iść przez całą noc. Wszędzie mokro i nawet nie ma gdzie się położyć. Poza tym znowu wzmaga się deszcz.

To jakaś podrzędna droga przez las. Ruchu nie ma wcale. W ciemności majaczy pod nogami biała linia oddzielająca jezdnię od pobocza.

Kilka razy w dotychczasowej drodze przeżyłem prawdziwy kryzys. Raz żydzi uratowali mnie gdy utknąłem bez wody na Pustyni Judzkiej. W Albanii przeleżałem trzy dni z gorączką na parafii u księdza Giuseppe. Na Monte San Angelo obsługa hotelu Bianco pomogła mi przetrwać ropną anginę. Jednak ten mrok, który jest teraz przede mną, wydaje się gęsty jak nigdy dotąd.

Idę teraz w całkowitej ciemności. Pod nogami na szczęście mam równy asfalt. Mam mokro w butach, a spodnie przykleiły mi się do ud. Ciągle siąpi deszcz. Właściwie to jest beznadziejnie.

– Panie Jezu, idziemy razem czwarty miesiąc z Jerozolimy. Nigdy mnie nie opuściłeś. Teraz doprowadziłeś mnie tutaj i wchodzimy razem w tą ciemność. Ja nie widzę wyjścia, ale wiem, że mnie nie zostawisz. Ja ratunku nie widzę, ale przecież Ty możesz wszystko, choćby postawić tu przede mną hotel z darmowymi pokojami dla pielgrzymów.

Na poboczu po prawej stronie majaczy jakiś kształt… Podchodzę… To chyba przyczepa campingowa. Wygląda, ze stoi tu od dawna, jedna opona jest przebita. Chyba jest opuszczona.

Zaczynam się modlić: – Panie Jezu, jeśli to mój dom na tą noc, to proszę, niech drzwi będą otwarte. Przez chwilę moja dłoń wisi nad klamką… Naciskam… drzwi się otwierają. Czuję jak zalewa mnie fala wdzięczności… Jest jak strumień czystego światła. Po raz kolejny doświadczam, że światło najpiękniej objawia się w ciemności. Nawet jeśli to czyjaś własność, to przecież tylko schronię się tu przed deszczem…

Świecę telefonem…. wnętrze zawalone jest kablami i jakimiś starymi narzędziami. Widzę jeździeckie siodło. Robię na podłodze miejsce na plecak i siadam z ulgą na tapczanie. Deszcz bębni o dach, ale w środku jest sucho i przyjemnie. Na stoliku leży napoczęta paczka ciastek. Chwila zawahania… Chyba nikt już ich nie będzie jadł, a dla mnie to kalorie… zjadam połowę paczki popijając wodą i zostawiam resztę na śniadanie. Obok leży suchy, czerwony polar ze znakiem UMBRO. Damski rozmiar. Zdejmuję przemoczone ubranie i zakładam go na siebie. Rękawy są krótkie, ale jest suchy i ciepły. Układam się do spania przykrywając się dwoma znalezionymi kocami. Odmawiam „Zdrowaś Mario” i zasypiam prawie natychmiast.

Budzę się o 7.00 z myślą, że to cud, że ta przyczepa znalazła się akurat na mojej drodze. Idąc w nocy przez las całkowicie bym przemókł i przemarzł. Modlę się dziękując Bogu za to cudowne schronienie.
Mam wodę i pół paczki ciastek. Gdy zabieram się do mojego śniadania, nagle otwierają się drzwi przyczepy. Staje w nich szczupła kobieta ok 60-tki z grzywą siwiejących włosów.
Jej twarz zastyga w absolutnym zaskoczeniu, które przechodzi we wściekłość. Machając rękami wykrzykuje po włosku coś w rodzaju:
– Co tu robisz? Jakim prawem jesteś w mojej przyczepie?

Musze wyglądać idiotycznie siedząc w jej przyczepie, ubrany w jej polar i jedząc jej ciastka. Myślę, ze zaraz zadzwoni na policje i tym razem sprawa będzie poważniejsza. Oczyma wyobraźni widzę dwóch karabinierów, którzy spisywali mnie wczoraj. Tym razem zwijają mnie do radiowozu.
Łamanym włoskim staram się wytłumaczyć kobiecie moje wtargnięcie :
– Io sono un pellegrino Pollacco. Pellegrinaggio da Gerusalemme ad Assisi. Preghiera la pace. (Jestem Polakiem, idę w pielgrzymce pokoju z Jerozolimy do Asyżu)

Kobieta dalej krzyczy mocno gestykulując. Rozumiem z jej słów, że nie jest wierząca i najwyraźniej nie darzy szacunkiem Kościoła katolickiego.
Próbuję jakoś się ratować:
– To cud (miracolo) ze znalazłem w nocy tą przyczepę. Padał deszcz. Schroniłem się się tylko przed zimnem. Zaraz stąd idę. Przepraszam.

– To nie żaden cud! To moja przyczepa a ty się tu włamałeś! Dzwonię po policję.

Sytuacja jest beznadziejna. Rozkładam ręce i błagalnym tonem podejmuję ostatnią próbę, szepcząc:

– Mi dispiace, mi rifugio (Przepraszam, szukałem tylko schronienia)

Kobieta na chwilę milknie. W oczach nadal ma strach, ale nieco się uspokaja. Przygląda mi się uważnie. Minął szok i i zaskoczenie, teraz jest zaciekawiona.
Pokazuję jej mapę trasy na drewnianej desce i tłumaczę tak jak potrafię ideę pielgrzymki.
Widzę, że przygląda się mojemu drewnianemu franciszkańskiemu krzyżowi na piersiach, w który wpisane są trzy symbole religii monoteistycznych, zdobywam się więc na odwagę:
– Jest jeden Bóg dla nas wszystkich – wyjaśniam znaczenie symbolu – modlimy się inaczej i inne mamy zwyczaje, ale opiekuje się nami ten sam Bóg.

– Ten wasz Kościół to banda oszustów. Nie wierze w Boga i się nie modlę. Nie mieszaj mnie do tego.
– Ale On w ciebie wierzy, jesteś dobrym człowiekiem – mam wrażenie że moje słowa faktycznie brzmią idiotycznie.

Mówi, że ma na imie Giselle. Jest ateistka, która bardzo nie lubi Koscioła.

Mimo surowego tonu w głosie Giselle jakby się odpręża na twarzy. Chyba nie zadzwoni po policję. Szybko zdejmuję więc polar i pakuję rzeczy do plecaka.

– To skąd ty właściwie idziesz?
– Gerusalemme ( Z Jerozolimy)
– Imbecile! (Idiota!)

Chcę się pożegnać i szybko zniknąć jej z oczu.
– Dziękuję. Twoja przyczepa mnie uratowała. Będę o tobie pamiętał.
– Buon Viaggio! (Dobrej drogi) – życzy mi na pożegnanie i zaraz dodaje tonem surowego nakazu:
– No prega per me! (nie módl się za mnie!) No prega per me!

Powtarza to kilka razy z takim naciskiem, jakby wierzyła, ze modlitwa jednak może mieć na nią jakiś wpływ.

Macham jej na pożegnanie. Giselle cały czas kręci głową z niedowierzaniem, ale wydaje mi się że na jej twarzy widzę uśmiech.