Próżnia

Pustka. Strach. Przerażenie. Tego doświadczali uczniowie po śmierci Jezusa w piątek wieczorem.

Ludzki rozum nie zderzył się dotychczas z niczym tak brutalnie, jak z tą prawdą: Jezus umarł.

Nie ocalił się! Wlekli go na Górę Czaszki jak złoczyńcę, plując w twarz i bijąc po twarzy. Krwawił jak zwykły człowiek. Skatowany skonał obok łotrów. Były na to dowody: włócznia, rozdzierający krzyk Marii Magdaleny, ciało złożone do grobu. Krzyż ciągle tam stał, pod nim nadal była krew. Nikt nie był na to gotowy. Tej nocy żaden z nich nie spał. Szok, osamotnienie i lęk o własne życie. Przed nimi otwierała się bezdenna czeluść sobotniego poranka.

CLN2 to choroba mózgu, która objawia się około 3. roku życia dziecka, najczęściej napadem epileptycznym. Chore dziecko przestaje chodzić, mówić, widzieć, bez leczenia dożywa zwykle od 8 do 12 lat. Schorzenie niszczy struktury ośrodkowego układu nerwowego. W tej rzadkiej chorobie wraz z wiekiem komórki nerwowe zanikają, a mózg dziecka cofa się w rozwoju. Rodzice walczący o życie swoich gasnących dzieci przechodzą niewyobrażalne cierpienia. To z czym walczą, daleko ich przerasta. Jednak walczą. Walczą o każdy dzień. Przez gęstniejącą ciemność codziennie przebijają się do punktu, o którym wiedzą, że jest śmiercią. Jednak idą. Walczą do końca.

Massimiliano, osobisty sanitariusz Jana Pawła II, który towarzyszył papieżowi  w ostatnich godzinach jego życia, opowiadał po latach:

„Był wczesny poranek. Ojciec Święty leżał podpięty do aparatury. Dał mi znak, że mam podejść, przyciągnął mnie do siebie i słabym głosem powiedział mi na ucho, że chciałby pójść na górę, na taras, z którego rozciągał się widok na cały Rzym. To był jego sekretny azyl, miejsce milczącej kontemplacji. Wziąłem go więc na ręce, przeniosłem z łóżka na wózek inwalidzki, zawiozłem do windy i pojechaliśmy. Moment, który potem nastąpił, był chyba najbardziej wyjątkowy w moim życiu – oprócz chwil narodzin moich dzieci. Czułem się jak w innym wymiarze. I nie było to doświadczenie tylko duchowe. Papież, mimo że był już naprawdę u kresu życia, tamtego ranka jeszcze ze mną rozmawiał, pełen zainteresowania pytał o mój dom, o rodzinę, głaskał mnie dłonią po ręce. Bycie świadkiem jego ogromnego cierpienia fizycznego, jego wyniszczającej choroby, tam na tarasie, kiedy patrzył na świat z góry przymkniętymi oczami, było czymś niesamowitym.”

Pamiętam moją pierwszą Ekstremalną Drogę Krzyżową. Szliśmy z Nowego Warpna do Szczecina. Wyruszyliśmy z piątek późnym wieczorem. Pokonanie w ciemności 35 kilometrów głównie leśnymi drogami zajęło ponad 9 godzin. Grupa pielgrzymów rozciągnęła się tak, że nie widziałem wokół siebie nikogo. W granice miasta wszedłem szarzejącym świtem. Sobotni poranek.  Padał marznący deszcz. Ból nóg, i mokre zimno nie były tak dotkliwe jak narastająca senność i rozlane po całym organiźmie zmęczenie. Przedmieścia Szczecina są szare i ponure, okna bloków jeszcze ciemne, smętnie zgrzytają pierwsze tramwaje. Kryzys przyszedł przed XII stacją: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Zgubiłem drogę i kluczyłem w uliczkach nie mogąc znaleźć kościoła, przy którym wyznaczono stację. Chciałem usiąść na przystanku pod daszkiem, ale zatrzymanie się oznaczało szybką utratę ciepła i marznięcie. Ostatkiem sił odsunąłem pokusę i poszedłęm dalej. Wbrew sobie. Wlokłem się krok za krokiem czując, że wchodzę w jakąś kleistą ciemność. Zniknęły dobre myśli, które były ze mną wcześniej, nawet na odcinku przez ciemny las. Osamotnienie i czarne obrazy opadły mnie zewsząd i szczelnie oddzieliły od jakiejkolwiek pociechy. Skrajne osamotnienie, lęk, poczucie bezdomności I odrzucenia. Dziwny chłód wlewał sie teraz we mnie, odbierając resztki wiary w sens tej drogi, a ja nie mogłem nic z tym zrobić. Zupełnie nic. Nie ma treści, na której możnaby się choć na chwilę oprzeć. Nic już nie ma.

– Więc to tak wygląda utrata nadziei – zdążyłem pomyśleć zanim pochłonęła mnie już tylko walka o każdy kolejny krok. – A jednak idę dalej – odkrywałem zdziwiony. Fizycznie i psychicznie to chyba już kres, a jednak dalej stawiam kroki… Senność i zmęczenie uruchamia instynkt przetrwania: położyć się gdzieś. Z trudem dźwigam ciężkie powieki. Drobny ostry deszcz zacina w twarz. Mokre spodnie. Stawiam kroki jak automat. Co takiego więc sprawia, że nadal posuwam się naprzód? Wreszcie jest! Widzę wieżę kościołą 500 kroków przede mną. Znalazłem XII stację. Śmierć. Trzeba tam dojść. Dojść za wszelką cenę. Żeby przekonać się jak to jest. Jak to jest dojść do końca.

Jaka była tamta sobota w Jerozolimie? Pochmurna?  Czym ją wypełnili? Pierwszy od trzech lat dzień bez Jezusa. Bez wspólnej modlitwy. Bez Jego łagodnych oczu, które – milcząc – zawsze znały odpowiedź i potrafiły bez słów wyjaśnić każdą tajemnicę. Czuli to gdy był z nimi. Teraz wszystko stracone. Nic nie zostało. Co On mówił? Co mówił o swojej śmierci? Że teraz musi odejść, ale powróci? Jak to możliwe? Że można pokonać śmierć?