Spotkanie JEST możliwe (o doświadczeniu Miłości w Rwandzie)

Gikongoro, 11 lutego

Dziś w szkole siostra Anuarita przerabiała z nastolatkami temat „Miłość”: czym jest, skąd pochodzi i jak ją odróżnić od pożądania. Jednemu z uczniów udaje sie znaleźć odpowiedź na pytanie o różnicę. – Pożądanie jest wtedy, gdy myślę tylko o sobie, a miłość, gdy poświęcam coś cennego bo chcę czegoś dobrego dla kogoś. Gorzej jest ze źródłem. Na pytanie „Skąd przychodzi miłość?” któryś z nastolatków odpowiada: „Tego nigdy nie wiadomo.”

Po kolacji siadam na stromym zboczu góry, na ułożonych z kamieni stopniach rozmytych przez ostatnie deszcze, żeby popatrzeć na ostatnie chwile zachodu słońca. Tutaj w górach słońce wieczorem chowa się bardzo szybko.

W dole na tle zarośli zauważyłem ciemny zarys postaci. Poznałem, że to nasz ogrodnik. Zręcznie wspinał się po nierównych stopniach, niosąc na głowie wiązkę siana dla klasztornej krowy. W ostatnich promieniach słońca zdołałem jeszcze dostrzec jego uśmiech, gdy przystając na chwilę pozdrowił mnie rwandyjskim „Wiriwe”. Poznałem tylko kilka podstawowych zwrotów w kinyarwanda. Nie mamy wielu wspólnych słów, więc czytamy z gestów i z ostatnich śladów światła na naszych twarzach. Odpowiedziałem „Wiriwe” i zrobiłem szeroki gest ręką nad szczytami gór pokazując jak są piękne. Jego pełne uznania „Mmmmm” oznaczało chyba „Tak, są piękne”. Potem patrząc na rozwalone przez ulewy kamienne schody rzucił krótkie zdanie, które mogło oznaczać: „Muszę je naprawić”. Odpowiedziałem gestem i ruchem głową że „Z chęcią pomogę przy tej naprawie”. Uśmiechnął się poprawiając wiązkę na głowie, po czym poszedł w kierunku krowiej zagrody.

Czasem do przekazania ważnych rzeczy nie potrzeba słów – pomyślałem. Taki jest język Milości. Taki jest jezyk ikony.

Rwandyjczycy są pewnym wyjątkiem wśród ludów Afryki. Znani są ze swojej powściągliwości i dystansu w pierwszych kontaktach. Gdy jednak kogoś lepiej poznają, otwierają się i są bardzo serdeczni. Wiem jak wiele znaczą dla nich więzy rodzinne i przynależność do wspólnoty. Znane rwandyjskie powiedzenie: „Kuba. Kubana. Kubaho”, oznaczające: „Być. Być tutaj. Być z innymi” – to podkreślenie, jak ważne dla rwandyjczyków są relacje. „Ja” zawsze podporządkowane jest „My”. Nie mogę myśłeć o sobie w oddzieleniu od innych.

Niezwykła wizja przedstawiona w ikonie „Trojcy świętej” Andreja Rublowa zrodziła się ze świętego życia autora i z dotknięcia łaską. Średniowieczny rosyjski mnich podzielił się doświadczeniem swojego spotkania z Miłością i w ikonie zostawił nam znak tego spotkania. Nie da się tej wizji zracjonalizować i do końca opowiedzieć. Tak samo jak nie da się po prostu wytłumaczyć tajemnicy Trójcy – wspólnoty Miłości. Zamiast tego ikona zaprasza, żeby tą tajemnicę przeżyć w osobistym spotkaniu. Wrażliwość na ikonę to cecha wybranych, doświadczonych łaską. Ci, którzy się wpatrują w ikonę, widzą tym więcej, im bardziej sami się uświęcają, im więcej z siebie ofiarują innym – im bardziej otwierają serce i pozwalają się prowadzić…

Dwa odwieczne ludzkie pragnienia: bycia sobą (indywidualizm, wyjątkowość, wolność) oraz bycia z innymi (wspólnota, miłość, więzy) mają swoje źródło w tajemnicy Boga – Jednego w Trzech Osobach. Te dwa przeciwstawne ludzkie pragnienia tworzą dramatyczny konflikt, a jednak w Trójcy te dwa różne kierunki łączą się w zdumiewającej harmonii. Nie ma tu zatarcia granic. Osoby różnią się między sobą. Są odrębne. A mimo to tworzą jedność. Taka jedność możliwa jet tylko w Bogu.

Trójca oznacza, że Miłość jest możliwa, że istnieje jedność w różnorodności, że wśród różnic możliwa jest prawdziwa wspólnota: człowieka z Bogiem i człowieka z drugim człowiekiem.